Wielka Proca

Idea Wielkiej Procy zaprzątała mu głowę od czasu gdy usłyszał o Rekordach Guinessa. Przy czym nie interesowała go proca jako „historyczna broń miotająca wykorzystująca siłę odśrodkową, o zasięgu kilkuset metrów i śmiertelnej sile rażenia”. Myślał o nazywanej procą broni, działającej na innej zasadzie – znanej chyba każdemu chłopcu z okresu dzieciństwa. Wówczas nie wiedział, że nosi ona nazwę procy neurobalistycznej.

Przedtem – w wieku chłopięcym – uważał się za mistrza procy, któremu rówieśnicy nie dorastali do pięt. Uważał zresztą, że trafianie w cel przychodziło mu z niezasłużoną łatwością. Po prostu patrzył w miejsce w które miał trafić, naciągał gumę procy trzymając mały kamyk w kawałku skórzanego uchwytu i odczekiwał chwilę w skupieniu, po czym rozwierał wprawnie palce a pocisk osiągał cel z magiczną precyzją, niemal niezależnie od odległości.

Nie rozumiał na czym to polega, jedynym wytłumaczeniem była magia… Przecież z procy nie strzela się tak jak z pistoletu, nie ustawia się linii strzału i nie przymyka jednego oka! W przypadku procy, cały proces strzelania z wolnej ręki  przebiega zupełnie automatycznie; przy czym mózg najwyraźniej angażuje w to jakieś dodatkowe zmysły, pozwalające na sterowanie pociskiem tak jakby za pomocą… myśli. I gdy teraz, po latach, bogatszy o wiedzę pochodzącą z różnych źródeł  znów zastanowił się nad tym, to musiał uznać przypisanie mu przez naturę tej nadzwyczajnej właściwości za dar, który musi wykorzystać dla dobra nauki. Choć nie przyznawał się do takich wniosków nikomu…

Zajął się więc pomysłem skonstruowania Wielkiej Procy – która nie tylko dawałaby mu szansę   wpisania do słynnej księgi Guinessa ale też umożliwiłaby mu przeprowadzenie pewnego naukowego testu, pozwalającego zgłębić tajemnicę fizycznego przejścia do innego wymiaru. To było teraz dla niego najważniejsze.

Znalezienie odpowiedniego, podstawowego elementu Wielkiej Procy – gigantycznych rozmiarów  widełek, czyli tzw. ‚okraczki’, zajęło mu sporo czasu. W końcu wypatrzył na dalekim przedmieściu potężne drzewo z konarami w kształcie litery Y,  lekko pochylone we właściwą stronę (aby trajektornia  katapultowanego pocisku kierowała go w stronę podmiejskich pól)  i wykonał pomiary jego gabarytów. Naprędce przeliczył – wg sobie tylko znanego wzoru matematycznego – ‚wydajność’ konstrukcji stworzonej przez naturę i uznał, że po uzupełnieniu jej gumowym pasem odpowiedniej długości, szerokości i grubości będzie to Wielka Proca z jego marzeń.

Nie wnikając w szczegóły techniczne wykonania owego gumowego pasa (do którego wykorzystał dętki największych opon, dostępnych na motoryzacyjnym rynku) można powiedzieć, że było to najtrudniejsze zadanie. Ale nie żałował czasu i energii ponieważ wiedział, że tylko będąc przekonany o absolutnie doskonałej jakości tego elementu będzie mógł podjąć próbę osobistego udziału w eksperymencie – bez obawy o ryzyko wejścia w rolę pocisku.

Do pierwszych testów działania Wielkiej Procy wykorzystywał  ciężkie przedmioty metalowe, poczynając od 10-cio kilogramowych odważników. Do naciągnięcia gumowego pasa wystarczyło zaprząc kilku okolicznych gapiów, którzy za postawione piwo ochoczo brali w tym udział. Odległości, na jakie udawało się miotać pociski, były imponujące. Musiał jedynie przestrzegać zasady, aby w polu rażenia (i jeszcze dalej, z marginesem bezpieczeństwa) nie przebywał żaden człowiek.

Kluczowym momentem w całym tym przedsięwzięciu było przygotowanie takiego koszyka dla pocisku, żeby mógł w nim zasiąść on sam. Nie było to zadanie proste, ze względu na konieczność błyskawicznego ‚wysprzęglenia’ fotela – podobnego do tych używanych przez pilotów samolotów myśliwskich do katapultowania się. Pomysł wykonania tego rodzaju urządzenia nasunął mu się po stwierdzeniu, iż w tej sytuacji do naciągnięcia gumowego pasa niezbędny będzie traktor. Gdy już miał całkowitą pewność działania mechanizmu niezbędnego do uwolnienia fotela (wyposażonego na wszelki wypadek w odpowiedni spadochron) – mógł podjąć próbę generalną.

Z bijącym mocno sercem, podniecony myślą o doniosłości przeprowadzanego eksperymentu, usadowił się w fotelu. Włączył wsteczny bieg i powoli zaczął oddalać się od potężnych konarów drzewa – nieświadomego uczestnika epokowego wydarzenia… Słońce, które niedawno wzeszło, oświetlało tę scenę  w sposób dodający tajemniczości a stojącym w oddali wiernym gapiom również zapierało dech w piersiach.

Moment startu utkwił w ich pamięci na zawsze. Tylko jeden z nich – ściskając w rękach teczkę z dokumentami – wiedział  o specjalnych właściwościach umysłu eksperymentatora, o prawdziwym celu eksperymentu i planach przejścia do innego wymiaru. Obserwował w skupieniu przebieg lotu, spodziewając się mimo wszystko widoku opadającego spadochronu.

Nie dowierzał własnym oczom, gdy w końcu niewielki punkt widoczny na tle nieba… zniknął!

Maj 1, 2012 by