Wszyscy jesteśmy muzykami

To tytuł mojego tekstu, opublikowanego przez red. Maję Baczyńską z muzycznego magazynu PRESTO, w specjalnie utworzonym blogu MyMusicStory: Miejsce na opowieść o Twojej ukochanej muzyce. O tym, co zmieniła w Twoim życiu.

(Aktualny link do mojego tekstu w MyMusicStory: prostoomuzyce.pl/wszyscy-jestesmy-muzykami)

Oczywiście cały tekst zamieszczam także tutaj…

* * *

„Wszyscy jesteśmy muzykami” – przeczytałem w Presto. Tak czułem, tak podejrzewałem – tylko nikt tego jeszcze nie zwerbalizował. Czyli jestem muzykiem… Bardzo mi to odpowiada. Bez muzyki nie umiałbym żyć (wiem, to brzmi zbyt górnolotnie, ale to prawda). Ale to nie jest tak, że całe życie zdawałem sobie z tego sprawę.

Rzeczywiście od najmłodszych lat muzyka była przy mnie blisko. Ojciec uczył mnie gry na skrzypcach, które były w domu. Ponoć byłem zdolny, ale za mało przykładałem się do ćwiczeń. Później próbowałem grywać na młodzieżowym akordeonie, ale to była raczej tylko zabawa. Jako nastolatek słuchałem radia Luxemburg. Potem radiowa Trójka, która otworzyła mi oczy na wiele gatunków muzyki. Płyty winylowe, zdobywane jakimś cudem… Moje „słynne” wśród przyjaciół Gramofon session, raz w miesiącu (wzmacniacz i kolumny „własnej roboty”). Oczywiście gdy tylko było to możliwe, trafiałem na salę filharmonii.

Po wielu latach odpowiednik owego Gramofon session trafił na antenę radia internetowego w postaci mojej cyklicznej audycji Muzyczna Paleta. I oto teraz, gdy znalazłem się, nie wiedzieć kiedy, na emeryturze – mogę równie dobrze twierdzić, że to ja zawsze byłem blisko muzyki. Ale to pewnie jest tak, że gdyby muzyka była we mnie, to zostałbym muzykiem…

Zawsze przyglądałem się muzykom, podziwiałem ich i zastanawiałem się nad tym, jak wiele pracy i pasji musieli włożyć w to co robią, i jak skromnie świat im się odwdzięcza… bo na ogół chyba tak jest. Mam przyjemność znać osobiście kilkoro artystów – muzyków. Są to dla mnie bardzo cenne znajomości. Chodzę na ich sporadyczne koncerty, bardzo je przeżywam; przy czym wydaje mi się, że są to przeżycia nieco inne niż dla „neutralnych” słuchaczy. Jestem chyba bardziej skupiony, wczuwam się w każdą frazę, w każdą nutę. Z pewnością są na sali także jeszcze inni, specyficzni słuchacze. Mam na myśli profesjonalistów, u których odbiór tej muzyki jest – jak podejrzewam – odmienny niż u pozostałych. Czy potrafią się podobnie zachwycić jak zwykły słuchacz? Szukający kojącego, naturalnego brzmienia instrumentów, odkrywających nowe brzmienia w nieznanych do tej pory utworach…?

Słuchacz – muzyk z pewnością zwraca baczną uwagę na czystość gry, na zgodność z założeniami kompozytora, na ewentualne pomyłki wykonawcy. Czy jest u niego miejsce na zachłystywanie się wielkością i wspaniałością MUZYKI? Czy potrafi przez tę godzinę przebywać w innym, magicznym świecie, oderwany zupełnie od rzeczywistości?

Pamiętam jak przed wieloma laty chadzałem na koncerty Warszawskiej Jesieni. Chyba z pewnego rodzaju nieszkodliwego snobizmu, ale też z ciekawości. I oto teraz, z wiekiem, doszedłem do tego, że sam wyszukuję i odkrywam awangardowych kompozytorów, na których twórczość kiedyś nie zwróciłbym najmniejszej uwagi. Co ciekawe – znalazłem ich zachwyciwszy się najpierw Elliottem Carterem. Choć też nie odszedłem od słuchania muzyki dawniejszej. Po prostu teraz mam szersze spojrzenie na muzykę. Bo jest jeszcze coś, co podziwiam może i bardziej niż samą grę: talent do komponowania. Niektórzy mówią, że Mozart czy Bach tylko spisywali nuty spływające do nich jak boski dar. Coś w tym jest. Wprawdzie w amatorskim pojmowaniu sztuki kompozycji wydawać się może, iż łatwiej jest tworzyć muzykę awangardową, jednak nie można nie doceniać wyobraźni wybitnych, współczesnych kompozytorów, niemniej intrygującej i skomplikowanej niż ta słynnych klasyków. Ich twórczość dotyczy innych obszarów percepcji, czy też jest odkrywaniem kolejnych tajemnic „świata muzyki” – pewnie dla przyszłych pokoleń…

Wrócę jeszcze na chwilę do Elliotta Cartera – muszę dodać, że był on chyba dla mnie pewnego rodzaju katalizatorem… Działając silnie na moją wyobraźnię i trafiając – co tu dużo mówić – w mój gust (niewyrobiony, niedojrzały, ale jednak…) spowodował moje ponowne zainteresowanie, tym razem już na serio, kompozycjami naszych polskich, wybitnych twórców. Patrząc już z innej perspektywy, i słuchając z innym nastawieniem, zyskałem bardzo wiele. Odkrywanie na nowo, po latach Lutosławskiego, Pendereckiego, Góreckiego i innych, to bardzo cenne doświadczenie, które otworzyło przede mną zupełnie nowy świat muzyki. Oczywiście nie wszystkie kompozycje podobają mi się i przekonują mnie. Chociaż… jest pewien wyjątek; moje niedawne odkrycie, czyli twórczość Pawła Szymańskiego. Zachwycony od pierwszego słuchania utworem „Dwie etiudy na fortepian”, zacząłem szukać innych Jego kompozycji i, chociaż wydaje się to niemożliwe, żadna mnie do tej pory nie zawiodła. A przy okazji owych poszukiwań, odkryłem dla siebie kolejną niezmiernie interesującą postać: Agatę Zubel. Muzyka nie ma końca…

Romuald Bartkowicz

5 marca 2017 r.

Mar 11, 2017 by